Oj mam tak czasem i przyznam, że metoda zaprezentowana przez zeFranka oszczędziłaby mi wielu nieprzyjemności. Inaczej – resztkami sił trzymam nieraz język za zębami i fajnie byłoby mimo to móc wysyczeć kilka słów, które chcąc nie chcąc cisną się na usta. Dla mnie bajer – w sytuacjach kryzysowych nie omieszkam zastosować. Strzeżcie się upierdliwcy, bo nie znacie dnia ani godziny.
Gdzie się zaczyna, a gdzie kończy? Czy treść pomiędzy modnym butem, a zawadiackim kaszkietem to już grafik? Kto nadaje mu tytuł? Kto daje legitymację do oceniania innych gdy we własnym oku drzazga pychy i nieumiejętność przyjmowania jakiejkolwiek krytyki?
Z coraz większym zażenowaniem obserwuję rozmywanie się graficznej braci w potopie młodego narybku, który z braku laku zaczyna być sam sobie sterem i okrętem. Ci którzy coś wiedzą i mogliby przelewać mądrości na forach, w komentarzach czy w jakiejkolwiek innej społecznościowej formie uciekają w ciszę czterech ścian. Wychodzą z założenia, że może najlepiej będzie to i owo przemilczeć, nie udzielać się, bo “po co, co mi to da, jeszcze sprowadzę na siebie gromy, które winny być zaledwie iskierką”. Nie uważam się za mistrza, samokrytyki ci u mnie dostatek, ale mimo to sam u siebie zauważam pierwsze symptomy – ktoś pyta, szuka opinii, chce się dowiedzieć co źle robi i co może poprawić… a ja bezlitośnie wyłączam przeglądarkę by później obserwować kloakę wylewająca się na młodego jegomościa. I tu ręce już kompletnie opadają, gdyż autorami ekskrementów są w zdecydowanej większości samozwańczy krytycy nieposiadający portfolio, tudzież – o zgrozo – prezentujący w nim porównywalny poziom prac.
Niech mnie ktoś wyprowadzi z błędu, może idealizuję czasy świetności (początków) webesteemu i jemu podobnych mocnychwebów? Tamten okres pamiętam jak przez mgłę – pręty w kojcu zasłaniały mi monitor, a grzechotka była o wiele bardziej pasjonującą perspektywą. Mam jednak wrażenie, że coś się zmieniło. Co gorsza wydaje mi się, że przepaść między “starym”, a “nowym” grafikiem wciąż się pogłębia.
Brakuje mi miejsc gdzie można byłoby zdrowo podyskutować, bez ciągłych flejmów prowokowanych przez upośledzone jednostki, bez zastanawiania się nad zasadnością podejmowanych tematów. Brakuje mi uśmiechu, przyjaznego nastawienia – wszędzie coraz więcej jadu i złości. Chciałbym wierzyć, że tak się da, że to nie nasza słowiańska natura, że są jeszcze ludzie którzy tak jak i ja chcieliby powiedzieć temu całemu narzekactwu i negatywnemu nastawieniu NIE.
Czy każda koncepcja starająca się wcisnąć ludziom w skali globalnej pewne “fakty” skazana jest na kontrkoncepcję, próbującą przebić się do mainstreamu? Globalne ocieplenie jeszcze żyje w świadomości polityków i warunkuje bieżącą politykę, szczepienia do pewnego wieku są obowiązkowe pod karą grzywny jednocześnie będąc absolutnie bezpieczne, ludzie wylądowali na księżycu, a 9/11 był sprawką terrorystów. Przy okazji powyższych i wielu innych tematów pojawiają się ludzie – często zbuntowani naukowcy – którzy mówią, że fakty przedstawiają się nie tak jak oficjalnie chce nam się wmówić.
Podobnie sprawa ma się ze zbawiennym wpływem mleka na młode ludzkie organizmy. W Polsce jakiś czas temu byliśmy świadkami wysypu reklam z serii “Pij mleko, będziesz wielki”, ostatnio jakoś ich nie widuję, ale za granicą akcja trwa w najlepsze.
To jak to z tym mlekiem jest? Koncerny nabijają nas w butelkę tworząc fałszywe zapotrzebowanie na ten flegmotwórczy płyn? Bo tu już w 2003 roku pisali, że tak.
Od jakiegoś czasu zastanawiam się czego tak naprawdę od życia chcę, gdzie zmierzam i jaki stan rzeczy sprawiłby, że mógłbym powiedzieć “Tak jest, to jest to, czas umierać”. Poza nieśmiertelną szóstką w totka, która złośliwie nie chce wejść (choć ewentualną wygraną mam już z większa rozdysponowaną), w głowie kołacze mi coraz donośniej jeszcze jedna wizja.
Mała firemka, gdzieś w centrum Krakowa, a w niej kilku prawdziwych zapaleńców z dziedzin niezbędnych. Permanentny ban na pracowniczą nadmiarowość i zbędne stanowiska – po co kreatywny gdy każdy z nas ma to wypisane na czole, po co nieznający specyfiki copywriter, po co stosy PMów skoro równolegle prowadzimy maksymalnie dwa projekty, po co osobny art director, który wchrzania ci się z buciorami nieproszony i “last but not least” wszechmocny szef w 50m pokoju, do którego prowadzą drzwi z obniżoną framugą byś nigdy nie zapomniał jaką pozycję przybrać.
W tym to niewielkim gronie zbieramy się bliżej nieokreśloną godziną ranną i na luzie, nie szczędząc ulubionych używek, przystępujemy do kolejnego projektu, przy którym granic twórczych nie uświadczysz. Mieszanka pasji i zapału wypełniają pokój, pomysły jak serie z karabinu strącają statuetki z półek, pizza już w drodze. Mam coś do zrobienia na mieście? “A idź, przecież wiemy, że dasz radę, zawsze dajesz”. I mają rację, bo przechodząc pod barem mlecznym Różowy Słoń znienacka doznaję olśnienia, które staje się ciałem zaraz po powrocie do domu (bo do pracy niestety już nie zdążyłem). A jutro? Sobota. Ale i tak wpadnę na trochę do biura – tym razem programista stawia piwo. Poza tym chętnie przedyskutuje z kumplami kilka nowych pomysłów.
Utopia? Czy tylko mi idea korporacji w kontekście graficznego spełniania się nie pasuje? Czy szef mógłby być jak ja i ty, równy gość, a nie rozbijać się nową beemwicą i traktować Cię jak kolejną mrówkę w mrowisku?
* Wpis zainspirowany imprezą z udziałem Davida Erikssona w krakowskim Lizard King. Chciałbym tam pracować, chciałbym się tam uczyć… ale mieszkać niekoniecznie ;)
Z okazji udanych świątecznychzakupów jak i motywowany moim noworocznym postanowieniem (ten argument trochę naciągany) postanowiłem tchnąć życie w pulpit, który bądź co bądź widzę codziennie. Moja niespokojna dusza dawno temu chciała już się za to zabrać, ale czasu zbyt wiele nie było, a i na nadmiar motywacji nie narzekałem. Nadszedł jednak koniec urlopu, który jakże inaczej można wykorzystać jeśli nie na durne czynności z kręgu tematycznego KillSomeTime…
No i stało się – moja dusza śpiewa, oczęta się radują, a rączki rwą do pracy. No dobra, z tym ostatnim przesadziłem.
Też byś tak chciał? Customize.org twym przyjacielem.
Ciekawą narodową przypadłością Polaków jest podatność naszych uczuć religijnych na ich obrażanie. Mam świadomość tego, że słabość ta udziela się zwykle starszemu pokoleniu, które jedną nogą jest już na tamtym świecie, niemniej jednak temat ten wypływa odkąd pamiętam i jego końca nie widać. Z pewnym przerażeniem obserwuję również stale rosnącą grupę ludzi w moim wieku przyklaskujących tej tradycji… Nie chcę wdawać się w rozważania na temat genezy wspomnianego problemu, ale polecam Wam zastanowić się dwa razy zanim ponownie w kontekście polskiego katolicyzmu zaczniecie sypać z rękawa określeniami typu “tolerancja”, “wyrozumiałość”, “bezkonfliktowość”, “łagodność” czy “dystans”.
Jednym z ostatnich absurdalnych przykładów niech będzie reklama Red Bulla, która uderza w świętość Bożego Narodzenia, deformując ten jakże piękny obrazek.
A odchodząc od tematyki religijnej – ciekawe jak by się skończyła (bo w to że by się skończyła nie wątpię) w Polsce kampania reklamowa firmy Tabcake. Bo to już przecież pornografia, no nie? Ot taka lekko dygresyjna ciekawostka.
Wszystkiego naj… nie, źle, wróć! Z okazji dnia Wszystkich Świętych absolutnie nie mam pomysłu na głębszy wpis, może wieczorem jakaś refleksja mnie chwyci. Żeby jednak nie było, że w zgodzie z polską tradycją dzisiejszy dzień traktuję jako 24h zadumy, smutku i refleksji nad sensem życia i umierania – coś wyklętego przez MEN: zrób sobie halloweenową dyńkę w Illustratorze (by ndesign-studio.com).