Zaciskam piąstki i wykrzykuję banalne yesyesyes! Robię to już któryś raz i mógłbym tak jeszcze długo. Oto w końcu po wielu tygodniach poszukiwań znalazłem aplikację, w której mogę zacząć tworzyć własną bazę linków dizajnersko-zaangażowanych. Strasznie brakowało mi takiego cymesika – szczerze mówiąc po prostu przerażała mnie perspektywa wykonywania zbędnych czynności typu PrtScn, obróbka w szopie itp. Teraz wystarczy kliknąć, parę ruchów gryzoniem, parę klawiszy wstukać i muzyka gra.
NDpicks robi wszystko za mnie, a nawet jeśli nie wszystko, to bardzo przyjaźnie prowadzi za rączkę. Zrzut z przeglądarki, szybciutkie uzupełnienie keywordsów, oceny, wyszukiwarka, kolekcje, opisy – czego chcieć więcej? Wyciągania ze zrzutów kolorów? Sortowania po najczęściej oglądanych? Eksportowania bazy? Wysyłania jej na maila? Wszystko co trzeba jest na miejscu. I odrobina dziegciu w postaci braku pl-fontów beczki miodu nie zniesmaczy.
Ktoś miał sporo wolnego czasu i był na tyle miły, że zebrał w jednym miejscu aż 101 linków do miejsc w sieci traktujących o kolorach (ze szczególnym akcentem położonym na webdesign) – chwali mu się to niezmiernie.
Z pewnym przerażeniem i zażenowaniem obserwuję kolejne konkursy na logo dla takich i owakich firm/instytucji/fundacji/inicjatyw/cholera-wie-czego. Nie dlatego, że nagrody liche, nie dlatego że terminy napięte, nie dlatego że briefy słabiutkie ani też z powodu małego kalibru samych konkursodawców. Po trzykroć (czterykroć?) nie! To co boli, a co możemy uzmysłowić sobie dopiero post factum, to poziom zwycięskich (i wyróżnionych) prac na tle tych, które w jury wzbudziły zapewne jeno li uśmiech politowania – bo jak inaczej wytłumaczyć fakt ich pominięcia w ostatecznej klasyfikacji? Przykra to sprawa, acz prawdziwa i nie wygląda na to by miało się coś zmienić. Pytam zatem – dlaczego jest jak jest, kto winny, kogo publicznie należałoby wychłostać? A wspomnę tylko, że nieraz w wyborze paluchy swe wyborne maczają tzw. ludzie sztuki… no ręce opadają. Szkoda wielka, że zamiast zwyczajnie brać udział w tego typu zabawach, człowiek musi dociekać kompetencji „decydentów”.
Kilka przykładów:


Bywa też na przykład tak. Słowem – na nudę narzekać nie możemy.
Gdy aplikowałem do agencji, w której aktualnie pracuję, podczas uzupełniania CV przescrollowało mi się przed oczami kilka porad związanych ze wspomnianym dokumentem. Wśród nich była jedna mówiąca o niestandardowej formie, czymś co na pierwszy rzut oka pozwoli wyłuskać mnie z tłumu innych papierzysk. Niespecjalnie wiedząc na ile można sobie pozwolić, polskim zwyczajem („po co mi to, nie chce mi się, to i tak nic nie zmieni”) pozostałem przy zwyczajnych wordowskich formatkach. Mimo że się udało, dziś trochę żałuję – tych kilkanaście/kilkadziesiąt minut spędzonych na liftingu to naprawdę śmieszna cena za bycie zauważonym. Zresztą sami zobaczcie jak można poszaleć (zestawienie za jobmob.co.il).


Przeczytaj dalszą część wpisu »
Chyba nikt nie zaprzeczy, że większość stron internetowych powstaje przy użyciu Photoshopa – to w nim składamy nasze pomysły do kupy i tworzymy z tego jakąś sensowną całość. Co się dzieje dalej? Ktoś to wszystko musi objąć swoim koderskim umysłem, pociąć do HTMLa, ostylować w CSSie i tłumaczyć się dlaczego tu margines większy niż w projekcie, tu obrazek źle przycięty, tu tekst za duży, a tam za mały. I w tym miejscu z pomocą przychodzi nam niejaki SiteGrinder – dodatek do fotoszopy, dzięki któremu nawet kompletny HTMLowy laik będzie mógł stworzyć (niemal) pełnowartościowy kod, żeby nie powiedzieć: kompletny działający site.
Przeczytaj dalszą część wpisu »
Rozwój techniki dla nas młodych jest czymś zupełnie naturalnym – żyjemy traktując wszelkie nowinki jako prostą kolej rzeczy. Uczymy się tego co przynoszą nam kolejne dni, przyjmujemy to ze spokojem i nie zastanawiamy się co będzie kiedy wszystko co mogło zostać wymyślone znajdziemy na wyciągnięcie ręki. Dokąd zmierzamy, czy można nakreślić wspólny wektor rozwoju świata? Czy chodzi o upraszczanie sobie życia, wzbogacanie monotonnej codzienności, a może to jakiś nieodgadniony niczym nieuwarunkowany pęd, któremu poddajemy się bezwładnie?
Boję się by w tym całym rozwoju, w tej wszechobecnej rewolucji, ludzie nie przegapili momentu, w którym zaczną zacierać się granice pomiędzy fikcją i rzeczywistością, kiedy jedynym czego będziemy mogli być pewni staną się nasze własne myśli. Byłaby to z pewnością największa katastrofa ludzkości – globalna choć w pustce czterach ścian.
Dziś było patetycznie, dziś było inaczej, dziś było dziwnie. Więcej Prędko się to nie powtórzy… mam nadzieję.
Zwykle była długa lista i niestety najczęściej na niej się kończyło. Tym razem jedna sztuka. A ze znakiem zapytania policzę się za rok.

Nie wiem, ale wiem, że atmosfera tych dni ma w sobie nadal wiele magii (mimo upływających lat). Chociażby z tego powodu kartka świąteczna. Bo to, że na kolanie machnięta, to nie problem? :)

Grzechem byłoby nie pogratulować reprezentacji pod wodzą Leo Beenhakkera tego historycznego awansu, który wczoraj po meczu z Belgią i po wspaniałej grze Smolarka stał się faktem. Choć jako drużyna gramy brzydko, niedokładnie, chaotycznie, to jednak wygrywamy i to się liczy, za to przyznaje się punkty. Mam nadzieję, że zobaczę jeszcze kiedyś biało-czerwoną ekipę z pierwszego meczu z Portugalią – to było coś naprawdę zjawiskowego. Póki co przed nami mecz o pół kilo pietruszki i dwadzieścia deko sera szwajcarskiego.
Aha – gdyby tak zamknęli jadaczki i przestali już pieprzyć o tych wszystkich orłach Górskiego, Piechniczka, Gmocha i innych emerytach byłbym bardzo wdzięczny.