Chwaliłem się kiedyś jaki to ja oryginalny, bo ładnie umiem windowsa przerobić. Dziś chwalę Bobby’ego Solomona, który na łamach Kitsune Noir wciąż utrzymuje przy życiu miłą inicjatywę pt. The Desktop Wallpaper Project. Tydzień temu pojawiła się tam nowa kolekcja tapet autorstwa Willa Bryanta, ale oczywiście polecam przejrzeć wszystkie sety – każdy powinien znaleźć coś dla siebie.
Nieczęsto piszę tu o webdesignie, co jest dziwne, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że to właśnie nim param się na co dzień. Od dłuższego już czasu staram się dociec co może być na rzeczy i szczerze mówiąc do dziś ciężko mi znaleźć satysfakcjonującą odpowiedź. Są pewne przypuszczenia, że to jakiś takiś niewdzięczny typ uodpornienia na kreacje webowe wymagający naprawdę mocnego kopa by poczuć potrzebę wylania się na „papier”. Jeśli tak faktycznie jest, to uderzenie nogą ze strony minisite’u (?) promującego hiszpańskojęzyczną piosenkę było konkretne i przyjemnie bolesne. Z tego co widzę dostał on tytuł S.O.T.M. na FWA – i kuffa zasłużenie! Kawał perfekcyjnej i przede wszystkim świeżej roboty.
Co prawda wolę więcej procentów, ale i jednym nie wzgardzę. Nie wzgardzą też dzieci wychowywane na wsi i w małych miejscowościach. Jakem blogosfera takem odpowiadam na apel o zaangażowanie i niniejszym informuję, iż Pride&Glory wysmażyło dla Fundacji Batorego jedną z ciekawszych w tym roku kampanii (Równe Szanse) mających na celu wyrwanie 1% naszego ś.p. podatku. W pierwszym spocie Szymon Majewski jako właściciel objazdowego teatru lalek – kto jeszcze okaże się życiowym przegranym zależy również od nas. Czy naprawdę muszę zachęcać?
Przechodziłem obok i zupełnie przypadkiem dałem się wkręcić. Przypomniały się stare (młode) czasy, off-line’owe początki komputerowe i scenowy kącik na krążku z CD-Action. Były to chyba pierwsze przejawy artyzmu w kontekście komputera, z którymi miałem do czynienia. Prawdę mówiąc niezbyt rozumiałem o co chodzi, ale z rozwartą paszczą chłonąłem fantazyjnie śmigające w takt muzyki kształty. Nadal mnie to kręci, choć rozumiem niewiele więcej ;-).
Parę dni temu ogłoszono nominacje do 7 edycji konkursu Scene.org – warto się z nimi zapoznać, ot smakowite urozmaicenie wśród zalewającej nas komercji.
Gdzie się zaczyna, a gdzie kończy? Czy treść pomiędzy modnym butem, a zawadiackim kaszkietem to już grafik? Kto nadaje mu tytuł? Kto daje legitymację do oceniania innych gdy we własnym oku drzazga pychy i nieumiejętność przyjmowania jakiejkolwiek krytyki?
Z coraz większym zażenowaniem obserwuję rozmywanie się graficznej braci w potopie młodego narybku, który z braku laku zaczyna być sam sobie sterem i okrętem. Ci którzy coś wiedzą i mogliby przelewać mądrości na forach, w komentarzach czy w jakiejkolwiek innej społecznościowej formie uciekają w ciszę czterech ścian. Wychodzą z założenia, że może najlepiej będzie to i owo przemilczeć, nie udzielać się, bo „po co, co mi to da, jeszcze sprowadzę na siebie gromy, które winny być zaledwie iskierką”. Nie uważam się za mistrza, samokrytyki ci u mnie dostatek, ale mimo to sam u siebie zauważam pierwsze symptomy – ktoś pyta, szuka opinii, chce się dowiedzieć co źle robi i co może poprawić… a ja bezlitośnie wyłączam przeglądarkę by później obserwować kloakę wylewająca się na młodego jegomościa. I tu ręce już kompletnie opadają, gdyż autorami ekskrementów są w zdecydowanej większości samozwańczy krytycy nieposiadający portfolio, tudzież – o zgrozo – prezentujący w nim porównywalny poziom prac.
Niech mnie ktoś wyprowadzi z błędu, może idealizuję czasy świetności (początków) webesteemu i jemu podobnych mocnychwebów? Tamten okres pamiętam jak przez mgłę – pręty w kojcu zasłaniały mi monitor, a grzechotka była o wiele bardziej pasjonującą perspektywą. Mam jednak wrażenie, że coś się zmieniło. Co gorsza wydaje mi się, że przepaść między „starym”, a „nowym” grafikiem wciąż się pogłębia.
Brakuje mi miejsc gdzie można byłoby zdrowo podyskutować, bez ciągłych flejmów prowokowanych przez upośledzone jednostki, bez zastanawiania się nad zasadnością podejmowanych tematów. Brakuje mi uśmiechu, przyjaznego nastawienia – wszędzie coraz więcej jadu i złości. Chciałbym wierzyć, że tak się da, że to nie nasza słowiańska natura, że są jeszcze ludzie którzy tak jak i ja chcieliby powiedzieć temu całemu narzekactwu i negatywnemu nastawieniu NIE.
Przyszedł czas na kolejną dawkę graficznych uniesień i w pełni uzasadnionej zdrowej zazdrości – było już dwunastu apostołów, pora na dziesięć muz. Tradycyjnie życzę smacznego.
Czy naprawdę muszę pisać coś więcej? Świetna flexowa aplikacja SUMO Paint doczekała się pierwszej stabilnej wersji. Warto zapoznać się z nią bliżej, bo to bodaj jedyny tak zaawansowany online’owy kombajn graficzny.
Niesamowite, przepiękne, magiczne choć tak obce, zimne i mroczne – lalki tworzone przez Marinę Bychkovą. Ponoć od 6 roku życia się tym para (tu puszczam oczko z uwagi na zgrabną grę słów w kontekście pochodzenia Mariny) i jak widać czas ten nie był stracony. Czy zatem nieśmiertelna Barbie może czuć się zagrożona? Na jej miejscu przed spaniem dwa razy sprawdzałbym czy zamknąłem drzwi do mieszkania. Więcej na flickr.
Czy każda koncepcja starająca się wcisnąć ludziom w skali globalnej pewne „fakty” skazana jest na kontrkoncepcję, próbującą przebić się do mainstreamu? Globalne ocieplenie jeszcze żyje w świadomości polityków i warunkuje bieżącą politykę, szczepienia do pewnego wieku są obowiązkowe pod karą grzywny jednocześnie będąc absolutnie bezpieczne, ludzie wylądowali na księżycu, a 9/11 był sprawką terrorystów. Przy okazji powyższych i wielu innych tematów pojawiają się ludzie – często zbuntowani naukowcy – którzy mówią, że fakty przedstawiają się nie tak jak oficjalnie chce nam się wmówić.
Podobnie sprawa ma się ze zbawiennym wpływem mleka na młode ludzkie organizmy. W Polsce jakiś czas temu byliśmy świadkami wysypu reklam z serii „Pij mleko, będziesz wielki”, ostatnio jakoś ich nie widuję, ale za granicą akcja trwa w najlepsze.
To jak to z tym mlekiem jest? Koncerny nabijają nas w butelkę tworząc fałszywe zapotrzebowanie na ten flegmotwórczy płyn? Bo tu już w 2003 roku pisali, że tak.