Czego to ludzie nie wymyślą. Czy ja jakoś krzywo na muszli siedzę, czy za płytko oddycham, że moje nieliczne łazienkowe idee nijak się mają do abstrakcyjnych wizji co poniektórych artystów? Niesamowity koncept i świetna realizacja – „Woodwalk” by Paul Coudamy.

*
Od jakiegoś czasu zastanawiam się czego tak naprawdę od życia chcę, gdzie zmierzam i jaki stan rzeczy sprawiłby, że mógłbym powiedzieć „Tak jest, to jest to, czas umierać”. Poza nieśmiertelną szóstką w totka, która złośliwie nie chce wejść (choć ewentualną wygraną mam już z większa rozdysponowaną), w głowie kołacze mi coraz donośniej jeszcze jedna wizja.
Mała firemka, gdzieś w centrum Krakowa, a w niej kilku prawdziwych zapaleńców z dziedzin niezbędnych. Permanentny ban na pracowniczą nadmiarowość i zbędne stanowiska – po co kreatywny gdy każdy z nas ma to wypisane na czole, po co nieznający specyfiki copywriter, po co stosy PMów skoro równolegle prowadzimy maksymalnie dwa projekty, po co osobny art director, który wchrzania ci się z buciorami nieproszony i „last but not least” wszechmocny szef w 50m pokoju, do którego prowadzą drzwi z obniżoną framugą byś nigdy nie zapomniał jaką pozycję przybrać.
W tym to niewielkim gronie zbieramy się bliżej nieokreśloną godziną ranną i na luzie, nie szczędząc ulubionych używek, przystępujemy do kolejnego projektu, przy którym granic twórczych nie uświadczysz. Mieszanka pasji i zapału wypełniają pokój, pomysły jak serie z karabinu strącają statuetki z półek, pizza już w drodze. Mam coś do zrobienia na mieście? „A idź, przecież wiemy, że dasz radę, zawsze dajesz”. I mają rację, bo przechodząc pod barem mlecznym Różowy Słoń znienacka doznaję olśnienia, które staje się ciałem zaraz po powrocie do domu (bo do pracy niestety już nie zdążyłem). A jutro? Sobota. Ale i tak wpadnę na trochę do biura – tym razem programista stawia piwo. Poza tym chętnie przedyskutuje z kumplami kilka nowych pomysłów.
Utopia? Czy tylko mi idea korporacji w kontekście graficznego spełniania się nie pasuje? Czy szef mógłby być jak ja i ty, równy gość, a nie rozbijać się nową beemwicą i traktować Cię jak kolejną mrówkę w mrowisku?
* Wpis zainspirowany imprezą z udziałem Davida Erikssona w krakowskim Lizard King. Chciałbym tam pracować, chciałbym się tam uczyć… ale mieszkać niekoniecznie ;)
Coś tak czułem, że te szołkejsy, przez które dzień w dzień się przekopuję są nieraz do siebie zaskakująco podobne. Bystry jestem jak woda w klozecie, gdyż dopiero dziś zagadkę udało mi się rozwikłać (zapewne częściowo, ale jednak).
Odpowiedź brzmi Indxr i jest darmowym systemem umożliwiającym prezentację w przeglądarce multimediów wszelakich. CMS stworzył niejaki Andreas Pihlström, korzystają z niego np. Christopher Hewitt (Dstrukt), Rob Chiu (The Ronin), Allan Cole (dev.allancole.com), Brandon K. Webster (bk-w.com). Jak to wygląda w praniu można również przekonać się tutaj.
Zważcie, że system jest wciąż w fazie beta – ja zważyłem, więc nie będę wspominał o lekko topornej obsłudze frontendu. Niemniej jednak jak na darmowe rozwiązanie propozycja interesująca i jeśli nie korzystać, to przynajmniej warto się jej rozwojowi przyglądać.
AKTUALIZACJA:
A lepiej działającym pomysłem na szybkie i zgrabne portfolio może być Indexhibit.

Jak w tytule. Co prawda „się” w drugiej kolejności, ale przyznać muszę, że rączki przyłożyłem. Razem z Marcinem zajęliśmy (ja jestem tu trochę na wyrost, bo to przecież jego kod, choć grafa też podobno była jednym z kryteriów oceny) trzecie miejsce w konkursie Flex Challenge. Świetny kawałek kodu Marcin, moje gratulacje, należało Ci się – miło, że mogłem pomóc! :)
Nareszcie wziąłem się w garść i, zaniedbując oczywiście bloga (za co przepraszam, postanawiam się poprawić, a Was prosić o zbawienną pokutę i rozgrzeszenie), postawiłem na nogi swoje chyba pierwsze w historii portfolio. Jest to dla mnie tym większe wydarzenie, że będąc jeszcze parę miesięcy temu nogą z flasha i przyległości, zrobiłem je właśnie w tej przesympatycznej technologii. Wielkie dzięki za nieocenione wskazówki dla Pawła i Marcina, rośnie Wam godny następca! ;-P
No i stało się, rewolucja nadeszła, prasa już nigdy nie będzie taka sama, koniec świata, płacz i zgrzytanie zębów. Esquire z okazji 75-lecia swojego istnienia wydał się dziś nakładem 100 tysi w specjalnej kolekcjonerskiej zalotnie mrugającej edycji. Powiem szczerze, że spodziewałem się czegoś bardziej rewolucyjnego, zwłaszcza w kontekście pompowanego od jakiegoś czasu balonika pt. „To nie koniec prasy, to dopiero początek”. Proszę o wybaczenie, ale 3-klatkowy gif w formie „drukowanej” kamieniem milowym nie jest. Falstart, balonik pękł, długa droga przed nami nimi.
Parę dni temu pojawiła się na Muxtape‘a łamach informacja, w której słowem-kluczem jest RIAA. Chociaż chodzą plotki, że zamknięcie jest chwilowe i ma na celu doprecyzowanie umowy o współpracy, to jednak mając w pamięci inne potyczki czteroliterowej organizacji – może być różnie. Czym był Muxtape? Wzór zaczerpnięto z dawnych lat gdy jeszcze rządziły kaseciaki, a dobrej muzyki nie było zbyt wiele. Wtedy to młodzi ludzie namiętnie tworzyli swoje składanki zgrywając nutę z radia, od kumpli etc. Tyle jeśli chodzi o ideę, bo w dzisiejszych realiach było to nic innego jak udostępnianie przez użytkowników użytkownikom do odsłuchu chronionych prawem autorskim utworów. Niestety jak widać przewaga mało znanych kapel i undergroundowego grania nie była tu żadnym argumentem. Obym się mylił i była to faktycznie tylko chwilowa przerwa.
Dla tęskniących/załamanych/zdezorientowanych/pissed-offniętych jest jednak dobra wiadomość. Otóż istnieje coś bardzo podobnego. 8tracks, bo o nim mowa, jeszcze działa (co jest dosyć dziwne, bo serwery mają w San Francisco, a tam jurysdykcja RIAA chyba sięga). Wybitnie zainteresowanych legalnością ich działania zapraszam tu – wyjaśnienia brzmią przekonująco. Zdrowia życzę!
Dawno nie było u mnie zdjęć, więc postanowiłem się poprawić. No dobra – może ciąg przyczynowo-skutkowy nie był dokładnie taki, ale faktem jest że długo nie było mi dane trafić na równie urzekającą galerię. Julia Fullerton-Batten to przedstawicielka młodej generacji fotografów, urodzona w Niemczech, aktualnie mieszkająca w Londynie. Zrobiła dyplom z fotografii w Berkshire College of Art and Design, objechała pół świata, w tym Wietnam gdzie spłodziła zdjęcia będące podwaliną jej kariery – dziś ma agentów w kilku krajach, robi zdjęcia dla największych marek, ale również znajduje czas na osobiste projekty. Jednym z ostatnich jest surrealistyczna seria Teenage Stories.
Oczywiście warto zobaczyć też inne zdjęcia, bo wszystkie mają w sobie to coś.